Rano zerwałam się z łóżka i – zgodnie z postanowieniem – wypiłam tylko gorzką kawę i pojechałam do pracy. Na razie było dobrze, zresztą rano nigdy nie miałam apetytu.
I było OK gdzieś tak do godziny dwunastej, kiedy to koleżanka z biura zaczęła się objadać czekoladkami. Stanowczo podziękowałam kiedy mnie poczęstowała, ale czułam, że coś się zaczyna dziać z moim żołądkiem…. Po prostu zaczynałam mieć ogromna ochotę na to, żeby zjeść coś słodkiego.
Ale przecież rozpoczęłam odchudzanie, więc odrzucałam takie myśli: jak dieta to dieta.
Wypiłam dwie szklanki wody mineralnej i dotrwałam do przerwy obiadowej, która w naszej firmie zaczyna się o godzinie czternastej. W stołówce zamówiłam sobie najmniejszą porcję i z ulgą i radością zjadłam pierwszy dzisiaj posiłek. Miałam ochotę jeszcze coś zamówić, ale znowu odezwał się we mnie głos nakazujący mi trzymać się przyjętej diety. Niestety – już godzinę po obiedzie mój żołądek zaczął się dopominać o nową porcje jedzenia. Dotrwałam jakoś do końca pracy i wróciłam do domu.
Wieczorem byłam już naprawdę głodna, ale przecież dieta…… Wypiłam kawę i starałam się nie myśleć o narastającym głodzie i z daleka omijałam lodówkę. Byłam coraz bardziej rozdrażniona i przybita. Miałam ochotę otworzyć lodówkę i…… Nie…. Musiałam przecież schudnąć! Szybko położyłam się do łóżka. Może sen wyzwoli mnie z tego cholernego głodu……