Rano wstałam w bardzo złym humorze. Wspomnienie wczorajszego głodu wzbudzało we mnie obawy co do dnia dzisiejszego. Ale – tak jak wczoraj – gorzka herbata i do pracy. Jak odchudzanie to odchudzanie.
W pracy znowu koleżanki opychały się ciastkami i czekoladkami. Ja jednak twardo stałam przy swoim – moja dieta musiała być zachowana. Około południa znowu zaczęło we mnie narastać znajome ssanie w żołądku. Z trudem dotrwałam do przerwy na lunch i jak na skrzydłach popędziłam na obiad. Z trudem zamówiłam najmniejszą porcję, pochłonęłam ją i szybko wyszłam, bo miałam ochotę na coś jeszcze.
I tak jak wczoraj – po mniej więcej godzinie mój żołądek zaczął się dopominać o coś do jedzenia…… Wypiłam dwie szklanki wody….. Pomogło na kilkanaście minut…… Wracając do domu wstąpiłam do apteki i kupiłam witaminy – gdzieś słyszałam, że podczas odchudzania trzeba jeść witaminy…
A w domu – powtórka z dnia wczorajszego. Dojmujący głód i ciągłe myślenie o lodówce, a właściwie jej zawartości. Tak chciałoby się ją otworzyć i najeść do syta…. Ale przecież ja muszę schudnąć!!!!